środa, 18 listopada 2015

Rozdział XXVII

Witajcie, kochani!
Jest, nareszcie, po ciężkim dla mnie czasie, oto i on! Historia zbliża się powoli do końca i chyba się cieszę, bo nie będę dłużej czuła się winna, gdy przez długi czas nic nie opublikuję.
Coś w bardziej mrocznych klimatach dzisiaj, mam nadzieję, że się spodoba.
Rozdział betowała may jailer, dziękuję!
Piosenka na dziś to Civil Twilight - How'm I Supposed To Die. Uwielbiam ją.
Dobrze, życzę miłego czytania i ładnie proszę, by każdy zostawił mi chociaż krótki komentarz.


Dedykacja dla wszystkich, którzy motywują mnie do dalszego pisania. Bez Was już dawno bym się poddała.

Sumienie rodzi się czasem z jego wyrzutów.
(Stanisław Jerzy Lec)


Ginny rozejrzała się po ciemnym korytarzu, dwa razy sprawdzając, czy aby na pewno jest pusty. Gdy była pewna, że na horyzoncie nie widać Filcha, jego kotki, albo któregoś z nauczycieli, na palcach przebiegła nim do najbliższych schodów.
Gdy tego wieczoru wróciła do swojego dormitorium, na biurku znalazła karteczkę.

Pokój życzeń, o północy. Będę czekał.

Od razu humor się jej poprawił. Spotkanie z Draconem po długiej rozłące na czas przerwy świątecznej było tym, czego jej było trzeba.
Schodząc po schodach, zastanawiała się, dlaczego Draco nie zaprosił jej osobiście – przecież widzieli się tego dnia na lekcjach. Nie miała jednak ochoty rozmyślać nad pobudkami Ślizgona. W tej chwili myślała tylko o tym, żeby znów się z nim zobaczyć.
Przeszła jeszcze przez parę korytarzy, aż w końcu znalazła się we właściwym miejscu. Skupiła się i zamknęła oczy, a po chwili przed nią pojawiły się drzwi.
Już sięgała do klamki, gdy nagle…
- Reducto!
Zdążyła jeszcze dostrzec zarys dwóch postaci zbliżających się w jej kierunku, a potem straciła przytomność, uderzając głową o posadzkę.

***

Dames miał ochotę płakać. Albo wyrywać sobie włosy z głowy. Albo uderzać w ścianę czołem tak długo, aż ból byłby nie do zniesienia.
Zamiast tego po prostu podszedł do bezwładnego ciała dziewczyny i podniósł ją z podłogi, przerzucając ją sobie przez ramię jak worek ziemniaków.
- Dobra robota – pochwaliła go Bellatrix.
Spojrzał na nią i ujrzał idealną kopię Gryfonki trzymanej w rękach. Ścisnęło go w gardle.
- Co z nią zrobimy? – zapytał, po czym szybko dodał – Nie możemy jej zabić. Potrzebujesz większej ilości jej włosów, jeśli chcesz dłużej pozostać w tej postaci.
- Wiem o tym. Zabierz ją do mojej rezydencji, zamknij w lochach, przykuj łańcuchami do ściany. Jak się obudzi, nie ucieknie tak łatwo.
Skinął głową, obrócił się na pięcie i odszedł korytarzem.
Gdy dotarł do swoich komnat, wszedł do salonu i ułożył dziewczynę na kanapie, a sam usiadł na fotelu naprzeciwko.
- Przepraszam – powiedział zrozpaczonym głosem, ukrywając twarz w dłoniach.
Po chwili uniósł wzrok i spojrzał na twarz śpiącej dziewczyny. Zacisnął pięści.
Wstał, powstrzymując wyrzuty sumienia, wziął rudowłosą na ręce i wszedł do kominka, by przenieść się do domu Bellatrix.

***

Hermiona nie mogła zrozumieć, co musiało przytrafić się Ginny, że stała się tak… inna. Od paru dni miała huśtawkę nastrojów. Czasami wpadała w irytację i gniew, zupełnie bez powodu, a zaraz potem śmiała się głupio, jakby próbowała udawać Lavender albo Parvati.
- Dobrze się czujesz? Nie jesteś chora?
- Nie, Hermiono, nic mi nie jest. Czuję się świetnie!
I znowu ten głupawy uśmiech. Co się z nią dzieje?, pomyślała starsza Gryfonka.
Może to przez Dracona. Nie widziała go przez cała przerwę świąteczną, mogło zacząć jej odbijać.
Wzruszyła ramionami. Miała własne problemy, a nie chciała się mieszać w sprawy sercowe Ginny. Malfoya też nie miała ochoty zbyt często widywać.
Uspokoiwszy się nieco, wyszła z dormitorium na lekcje.

***

Severus siedział za swoim biurkiem w gabinecie. Przed nim leżał niewiarygodnie bzdurny esej jakiegoś czwartoklasisty, a obok sterta kolejnych trzydziestu równie beznadziejnych prac. Mimo ogromu tekstów do poprawienia, mężczyzna nie patrzył na nie, lecz jego czarne, nieprzeniknione oczy utkwione były w ścianie na wprost niego.
Kilka minut temu wysłał Hermionie sowę, odwołując ich dzisiejsze zajęcia. Zdążył nauczyć ją już wszystkich eliksirów, które miał w planie. Magazynek pękał w szwach od fiolek i buteleczek wypełnionych różnymi cieczami. Co kazałby jej robić, gdyby przyszła? Polerować kociołki?
Mimo to, nie mógł przestać o niej myśleć. Był na siebie niewyobrażalnie zły z tego powodu, ale nic nie potrafił na to poradzić. Muszę z nią porozmawiać, pomyślał, po czym wstał i ruszył do drzwi. Nie zdążył jednak zrobić nawet dwóch kroków, bo te nagle gwałtownie się otworzyły, uderzając z hukiem o ścianę, a w drzwiach stanęła Hermiona, trzęsąca się na całym ciele, patrząca w jego kierunku z przerażeniem malującym się na twarzy.